czwartek 22.03.2018

13 zakazanych środków, w organizmie polskiego kulturysty!

foto: materiały prasowe
2 2

Medykamenty dla bydła hodowanego na ubój, lek na raka piersi czy środek na bezpłodność – takimi między innymi środkami dopingował się sportowiec. – Tego nie da się logicznie wytłumaczyć – rozkłada ręce Paweł Filleborn szef polskiej kulturystyki. Paweł Filleborn łapie się za głowę. – Jak trzeba być głupim, aby tak się truć? – pytamy. – Nie mam pojęcia – Filleborn bezradnie rozkłada ręce. – Logicznie nie da się tego wytłumaczyć.

Kanrenon, Anastrazol, Letrozol, Klomifen, Tamoksyfen, Eksemestan, Klenbuterol, Trenbolon, Metylotestosteron, Drostanolon, Stanozolol, Boldenon, Nandrolon – wyliczamy prezesowi Polskiego Związku Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego te środki, które znaleziono w 2016 roku u rekordzisty. Kulturysta, który został przyłapany na tych 13 środkach dopingowych, to bardzo młody człowiek. Na progu kariery. – Jak obserwuję młodych kulturystów, rzeczywiście widzę wielki problem – tłumaczy Filleborn. – Internet spowodował rewolucję. Wszystko poszło w złą stronę. Prezes ma na myśli właściwie nieograniczony dostęp do dopingu. Dzisiaj każdy, kto wejdzie w środowisko, może kupić praktycznie każdy środek. Nie tylko ten przeznaczony dla ludzi. Przecież na liście środków, które znaleziono u kulturystów, są zarówno sterydy, leki na choroby nowotworowe, ale także specyfiki weterynaryjne! Te, które aplikuje się koniom, bykom czy krowom.

foto: materiały prasowe

Widzisz kulturystę, myślisz: koksiarz. Rzeczywiście tak jest, czy to stereotyp? – Trochę tak jest – przyznaje Filleborn. – Przecież doping jest w każdej dyscyplinie. Na podobnym poziomie. Jednak kulturyści są, że tak powiem, rozpoznawalni. Ze względu na swoją posturę. Jak idzie tyczkarz, to żeby go ludzie poznali, musiałby nieść ze sobą tyczki. Natomiast kulturystę poznamy nawet w ciemnej ulicy. Wygląd kulturystów utwierdza ludzi, że te mięśnie to w 100 procentach koks. A tak nie jest.

Słowa szefa polskiego związku zrzeszającego kulturystów nie zmienią faktu, że to właśnie w jego dyscyplinie (na równi z podnoszeniem ciężarów) w 2016 roku złapano największą liczbę sportowców-oszustów. – Zdarzają się wyjątki – tak w rozmowie z dziennikarzem serwisu weszlo.com odpowiedział na pytanie „czy wszyscy biorą?” Łukasz Sosiński, srebrny medalista mistrzostw Polski.

– Dlatego twierdzimy, że profilaktyka w kulturystyce nie przyniesie efektów. Na całe szczęście nie jest to dyscyplina olimpijska, w niektórych krajach w ogóle to nie jest dyscyplina sportowa, więc nie zamierzamy jakoś szczególnie walczyć z tą patologią – twierdzi Michał Rynkowski szef Polskiej Agencji Antydopingowej (POLADA).

– A my wręcz przeciwnie – odpowiada Filleborn. – Chcielibyśmy jak największej liczby kontroli. To jest trochę jak z przekraczaniem przepisów drogowych. Są kraje, gdzie na drogach jest pełno policji. I tam ludzie jeżdżą zgodnie z przepisami. W Polsce mamy piratów drogowych. Tak samo jest z kulturystyką.

Dlatego Filleborn chce zwiększenia liczby kontroli antydopingowych. W 2016 roku przebadano zaledwie 62 próbki pobrane od kulturystów. Dla porównania, w tym samym okresie skontrolowano aż 580 lekkoatletów, 402 sztangistów czy 348 kolarzy. – Zaproponowałem światowym władzom kulturystycznym, aby na wzór trójboju siłowego, gdzie mamy świetne wyniki antydopingowe, wprowadzić stałą, roczną opłatę dla każdego zawodnika – wyjaśnia szef PZKFiTS. – Te pieniądze byłyby przeznaczone na zwiększenie liczby kontroli.

foto: internet

Tylko, że kontrola dopingowa, a nawet i dyskwalifikacja to nie jest koniec świata dla kulturysty. Wielu skutecznie potrafi uniknąć pobrania próbki moczu lub oszukać kontrolerów. – Są sposoby, żeby wynik wyszedł nieważny (…) Niektórzy zawodnicy dorzucają do probówki proszek do prania. Są też bardziej doraźne metody. Np. wsadza się w majtki prezerwatywę z czyimś moczem. Wyciągasz, przebijasz gumkę igiełką i oddajesz do probówki – to słowa Sosińskiego.

4 lata – taka dyskwalifikacja została nałożona m.in. na tych dwóch rekordzistów z lat 2016-17. Mimo że to młodzi zawodnicy, tak sroga kara sugeruje, że będą musieli zakończyć swoją przygodę ze sportem. – A gdzie tam? – piekli się Filleborn. – Jak przeglądam listy startowe zawodów organizowanych przez różne federacje, które w żaden sposób nie są związane z naszym związkiem, to często natrafiam na nazwiska dopingowiczów. Bardzo często.

W mniejszych, często prywatnych organizacjach nie ma kontroli dopingowych, nikt nie przejmuje się tym, co jest w moczu i krwi zawodników. Podobnie jak poza granicami Polski. – Wielu dopingowiczów jedzie również do USA czy Kanady i tam zarabiają pieniądze podczas pokazów – dodaje Filleborn.

982 tysiące złotych – tyle w 2016 roku wynosiła dotacja do PZKFiTS ze strony ministerstwa sportu. To mniej więcej poziom finansowanie, jakie otrzymały związki: karate tradycyjnego, kick boxingu, saneczkarstwa czy łyżwiarstwa figurowego. Wcale nie tak mało.

 

tekst: Marek Bobakowski sportowefakty.wp.pl 

 

 

 

Czytaj dalej

KOMENTARZE

2 Comments

  1. gggggh

    23.03.2018 at 23:54

    Testo, metka i deka. I to jest super stack. Po co te boldki. Apteczne środki dla ludzi najlepsze.

  2. Ja.....

    11.04.2018 at 06:25

    Ktoś wie o jakiego zawodnika chodzi ?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

POLECANE